środa, 21 listopada 2018

Jak to jest być idiotką?

Jestem idiotką. Serio. Idiotką przed duże „I”, na dodatek bez prawa do jakiejkolwiek formy obrony. Bo, niech ktoś mądry mi powie, jak można bronić idioctwo? Nie jestem pewna, czy w ogóle istnieje takie słowo w języku polskim, więc umówmy się, że to jest mój maleńki wkład w ojczystą mowę. Idioctwo. Stan, w jakim znajduję się już od tak długiego czasu, że nie pamiętam niczego „sprzed”. I nie mogę sobie wyobrazić niczego „po”, co chyba kwalifikuje mnie jako naprawdę beznadziejny przypadek.
A więc wiecie już najważniejsze. Że jestem idiotką. Wolę to powtórzyć kilka razy, żebyśmy się naprawdę dobrze zrozumieli. Żeby potem nie było reklamacji w stylu „Ej, a ja myślałem/myślałam, że ty tylko tak na żarty z tym idioctwem”, albo „O Boże, zmarnowałem/zmarnowałam czas czytając o jakiejś prawdziwej idiotce”. Także zostaliście ostrzeżeni. Jeśli nadal tu jesteście, to znaczy, że termin, o którym będę tu pisać:
a) nie jest Wam obcy,
b) nadal myślicie, że jednak dojdzie do niespodziewanej resocjalizacji z mojej strony i powrócę do świata „nie-idiotek”.
c) po prostu się nudzicie i macie ochotę poczytać jakieś odmóżdżające bzdury.
Punkt pierwszy – no cóż, niewielu się przyzna, że czuje się idiotami. Jestem tego doskonale świadoma, co więcej, wcale tego nie potępiam. Otaczając się takimi ludźmi, którzy na dodatek bezczelnie zaprzeczają swojej przynależności do grupy idiotów, czuję coś na kształt samozadowolenia. Po pierwsze, moje samopoczucie poprawia się, i to w znaczący sposób, kiedy widzę, że pokłady idiotyzmu drzemiące w innych osobach sięgają głębiej, niż moje, co daje mi nadzieję, że jeszcze nie osiągnęłam dna. Wierzcie mi, coś takiego bardzo pomaga, szczególnie w chwilach zwątpienia.
Przykład?
W jednej z grup, do której należę (tak, masmedia i inne facebuki rządzą!!!), wiecie, takiej, gdzie wystawia się na sprzedaż cokolwiek zalega na biurku/stoliku/ciele/szafie, coraz częściej można znaleźć oferty towarów „chodliwych”, za które gawiedź, przeważnie damska, chętnie oddałaby życie. Kto zgadł, o czym mówię, paluszek w górę!
O, pani w pierwszym rzędzie! I co to za „chodliwa odbierająca ludziom rozum rzecz”? Brawo, udzieliła Pani poprawnej odpowiedzi! Wygrywa Pani miesiąc zazdrości wszystkich tych opętanych rządzą posiadania biedronkowych naklejek osobników, którzy właśnie teraz skręcają się z zazdrości, że nie są na Pani miejscu!
Czyli wiemy już, o co chodzi. O te naklejeczki, które dostajemy za solidne (nie waham się użyć tego słowa) zakupy w naszej przerobionej na polskie realia biedrze.
Dokonałam dzisiaj ciekawego spostrzeżenia. Miałam trochę tych słodziaśnych paskudztw pałętających się po torebce, więc stwierdziłam, a co mi tam, puszczę w obieg.
Puściłam. Zostałam niemal z miejsca zalana propozycjami kupna,/zamiany/ wylizania butów, bylebym tylko owe naklejki oddała w rączki osób, które wkleją je z wielką pieczołowitością do świętego albumiku, po czym ów albumik zaniosą tryumfalnie do najbliższej biedry, by...znacie schemat, nie będę się rozpisywać.
Miłe uczucie, prawda? Że ktoś może upaść jeszcze niżej, jeśli chodzi o poziom idiotyzmu. Żeby nie było jednak, że kogokolwiek obrażam (jak już wspomniałam, sama jestem idiotką), to osoby, które mają takiego (niezrozumiałego przeze mnie totalnie) hopla na punkcie tego typu rozrywek, zawsze mają możliwość pójścia krok dalej i zacząć się zastanawiać, jak mogą istnieć na przykład fanki/fani, nie wiem, zbierania zamków od spodni. Albo cytujący z pamięci podręczniki do rachunkowości albo instrukcje obsługi zmywarek. Więc nie ma się co martwić, zawsze może być gorzej…
Zajmując pewną pozycję w naszym społeczeństwie stwierdzam więc z przyjemnością, że znajduję się na poziomie, gdzie jeszcze do poziomu zero (albo dna i pół metra mułu, jak mawiała moja nauczycielka w liceum, chcąca w dowcipny sposób zobrazować poziom naszej wiedzy na jej zajęciach – serdecznie pozdrawiam panią M.) jeszcze mi trochę brakuje. Przeraża i jednocześnie ekscytuje mnie ta perspektywa.
I tu przechodzimy do punktu numer dwa. Samorozwój. Samorealizacja. Dążenie do wyższych, bardziej wzniosłych celów. Mówi Wam to coś? Jak dla mnie, to sterta nic nie znaczących frazesów, które jednak wleciały kiedyś, dawno, dawno temu do mojej głowy, wtłaczane tam miliony razy podczas mojej przewspaniałej kariery zawodowej (nie pytajcie, zresztą, temat rozwinie się później) przez ukochanych wykładowców, szefów, zazdrosne koleżanki w pracy itp., oraz wałkowane tam przez wszystkie odmiany i przypadki. Z zerowym skutkiem.
Mam trzydzieści jeden lat. Czy to dużo, czy mało, sama nie wiem, ale mam świadomość jednego. Nie osiągnęłam w swoim życiu nic, z czego mogłabym być dumna. Samorozwój? A kto zacz? Realizowanie siebie i własnego pomysłu na życie? Najpierw trzeba ten pomysł mieć, a nie przebujać życie myśląc o niebieskich migdałach i różowych konikach z rogami na czole ( o tym również będzie więcej później).
A coś takiego podchodzi bardzo pod standardową definicję idioctwa. Więc jeśli myślicie, że nagle się ocknę i przestanę być idiotką, to pozbądźcie się szybko złudzeń.
I punkt trzeci. Nuda. Nudzicie się i macie ochotę zrobić coś, żeby zagospodarować czas w jakiś, nieważne, twórczy, czy nie, sposób. Nie wnikam w to, jakie macie preferencje, ani czy Wasze torebki to oryginalny Gucci, czy podróbka ze szmateksu. Mam zamiar trochę tu o sobie powiedzieć, a czy będziecie chcieli to czytać, to już Wasza sprawa. Ja się muszę wyzewnętrznić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz