Świadomość idioctwa boli. Nawet bardzo. Szczególnie, kiedy jest się trzydziestojednoletnią panną, bez pracy, bez chłopaka i bez pomysłu na siebie.
Na dodatek siedzącą w ten chłodny listopadowy dzień samotnie w wynajmowanym mieszkaniu w jednym z większych polskich miast i klepiącą te słowa na klawiaturze z szybkością zbyt małą, żeby uznać to za jej atut w poszukiwaniu pracy.
Poszukiwanie pracy już od jakiegoś czasu skutecznie spędza mi sen z powiek. Tylko konia z rzędem dla tego śmiałka, który określi, jaka praca odpowiadałaby idiotce?
Podstawowe pytanie: Co chcę robić w życiu?
………………………………………………………………………………………………………
Nie żartuję. Powyższe kropki to odpowiedź, która idealnie podsumowuje moje odczucia pod tym względem. Jak można szukać pracy, jeśli się nawet nie wie, co chce się robić? Co będzie sprawiać, hmmm, coś na kształt przyjemności i co spowoduje, że będę z uśmiechem na ustach codziennie rano słuchać budzika? No dobra, z takim półuśmiechem. Grymasem. Niecenzuralnymi słowami, których nie chcę tu za bardzo przytaczać (co, jeśli czytają mnie dzieci?)…
I to nie tak, że jestem jakąś niereformowalną leniuchową formą życia, o nie. Nie mam problemu z tym, żeby stanowczym ruchem zakasać rękawy i rzucić się w wir pracy zawodowej, w końcu, zanim się nie przeprowadziłam, robiłam to z całkiem dobrym skutkiem (kwestia przeprowadzki to była, niestety, konieczność). Zasuwałam w biurze, w terenie, w kuchni, w...No ogólnie, w bardzo wielu miejscach, w zależności od okoliczności i zadań zleconych przez szefa i zadań własnych, których ja, standardowa idiotka, podejmowałam się z własnej inicjatywy. Za które, oczywiście, nie miałam płacone. Ale to też osobna historia.
O czym to ja...A tak, czas teraźniejszy. Bolesny brak pracy i perspektyw.
Czyli jak Idiotka szuka zatrudnienia. Uzbrojona w CV, które pisała w pocie czoła, by z dumą zanieść je i oczarować nim potencjalnego pracodawcę, rzuca się w wir poszukiwań pracy idealnej i doznaje srogiego rozczarowania. Po pierwsze, stereotyp, któremu w swoim zapale uległ już niejeden naiwny, że praca w mieście jest i leży na ulicy, oczywiście, świetnie płatna i tak dalej, wystarczy się po nią schylić, to bujda na resorach. Żeby znaleźć dobrą robotę, trzeba coś poświęcić. Czas. Naprawdę ogromne ilości swojego czasu. Nerwy. Włosy (chlip, chlip). Buty. Dobre imię, o samopoczuciu nie mówiąc. Sprawność samochodu, który, cham nieskrobany motoryzacyjny, odmawia posłuszeństwa w najmniej oczekiwanym momencie.
Cóż, przez te pół roku, które udało mi się przeżyć na przysłowiowym „swoim”, choć bardziej wynajmowanym mieszkaniu, to okres motania się z jednej pracy do drugiej. Zaczęłam ambitnie jako pracownik w jednym ze znanych sklepów spożywczo-przemysłowych, na makabrycznym mięsnym stanowisku. Niezły przeskok, zwłaszcza, że w poprzednim miejscu pracy, w poprzednim miejscu zamieszkania, parałam się pracą typowo biurową. Ale czego się nie robi, żeby pokazać, że się odcięło całkowicie od tego dawnego życia? Nowe miejsce zamieszkania, no to idziemy po całości i zarabiamy też w zupełnie inny sposób, jak dotychczas. Przecież potrafię. Dam sobie radę. Byle zapomnieć.
Idiotka początkowo faktycznie dawała sobie radę. O dziwo, nie klęła na swoich przełożonych, ani na klientów (choć jednemu panu by się stanowczo to przydało, takie syte nazwanie po imieniu, jak się należy zwracać do Bogu ducha winnych osobników, których życie postawiło na jego drodze, żeby go obsłużyli w kwestii kawałka schabu, bądź sera – z przykrością muszę powiedzieć, że kumulacja jego chamskości padła, gdy tym biednym osobnikiem byłam ja. Oszczędzę szczegółów, które do dziś krążą, z tego, co wiem, pomiędzy pracownikami w formie mięsnej legendy. Co do mnie, radziłam sobie w ten sposób, że, jeśli tylko wspomniany pan zjawiał się na horyzoncie, ja od razu znajdowałam sobie niecierpiącą zwłoki sprawę do załatwienia na zapleczu. Dzięki temu milusiński klient nie poszedł na mnie ze skargą, że czymś w niego rzuciłam). Opuściłam te jakże gościnne progi, bo znalazłam nową, bombową pracę. Taką łał. Wizja moich zarobków sięgała niebotycznych rozmiarów. Idiotka poszła w to wszystko jak w dym. Co się okazało? Że zdolności manipulacyjne i ta bałwochwalcza atmosfera panująca w tym towarzystwie wzajemnej adoracji to coś naprawdę nie dla mnie. A wypłata? Błagam…
Jedyny plus to zwiedzenie całkiem fajnego kawałka Polski (jeden z piękniejszych momentów w moim życiu, kiedy, wkurzona i zmęczona całodzienną jazdą w ponad trzydziestostopniowym upale wracałam do domu i szczęśliwy traf na spółkę z GPS-em pokierowały mnie jedną z najurokliwszych tras, a już kumulacja nastąpiła, kiedy przejeżdżałam obok Zalewu Kieleckiego. Zachód słońca, pusta plaża i odrobina spokoju, jakże pożądanego po całym parszywym dniu. Ludzie serio nie doceniają takich miejsc i takich momentów. Ja, jak widać, wręcz przeciwnie. Taki mały plusik dla Idiotki.
Co dalej? Praca w telemarketingu. Krzyk rozpaczy z mojej strony, ale czynsz się sam nie miał jak zapłacić, więc trzeba było zasilić czymś konto. Dochód? 40 złotych. Na tyle wytrzymałam.
Zapyta ktoś, jakie mam kwalifikacje. I może tego ktosia zaskoczę, ale posiadam takowe i nie są one małe. Doszkalałam się chętnie i często, aby podołać obowiązkom kadrowo-finansowo-administracyjno-różnych na poprzednim miejscu pracy i sądziłam, że na rozpoczęcie jakiejś fajnej robótki w nowym miejscu wystarczy. Widocznie na Rzeszów to za mało. Albo mam takiego pecha, że wybierają innych, zanim jeszcze dojdą do mojego CV.
A jeśli już ktoś odpowiada na moje zgłoszenie do pracy, ma wobec mnie, hmmm, nieco inne oczekiwania, niż wynikałoby to z zakresu czynności, przedstawionego w ogłoszeniu. Jeden pan (baaaardzo nie pozdrawiam) nie czaił się zupełnie, tylko wprost zaproponował pracę plus dyskretne spotkania u niego w domu. Podczas pierwszej rozmowy. Telefonicznej. Mój głos musi być jednak piekielnie seksowny, skoro wzbudził w nim takie pragnienia…
Inny pan z miejsca zaproponował mi pracę (choć wiedział, że byłam zatrudniona w innym miejscu, na dodatek my fizycznie BYLIŚMY w tym ówczesnym miejscu mojej pracy) i przy okazji spotkanie wieczorem. Żebym mogła obejrzeć sobie to moje „nowe stanowisko”. Hmmm…
A teraz hicior. Poważnie, inaczej tego nie można nazwać. Na poniższym przykładzie mamy bowiem do czynienia z dwoma poziomami idioctwa. Moim i mojego rozmówcy. Moim, że w ogóle dałam się wciągnąć w tę słowną batalię, a tego pana, bo...No cóż, przeczytajcie sami:
Pan, potencjalny pracodawca (PP), pyta, dlaczego odeszłam z poprzedniego miejsca pracy – rozmowa mailowa:
Ja - Witam, odejście z pracy wiązało się ze zmianą przeze mnie miejsca zamieszkania. Decyzja ta była podjęta z wielkim trudem, ponieważ poprzednie moje stanowisko pracy bardzo mi odpowiadało, niestety z powodów osobistych musiałam je opuścić.
(ładnie, prawda? Pełna kulturka z mojej strony:)
PP - Dziekuje za odpowiedz
Czyzby facet namówil pania, obiecal gruszki na wierzbie I lepsze zycie w Rzeszowie a teraz nie ma pracy I facet juz nie jest taki dobry jak wczesniej? moze mi pani przypomniec jakie ma wyszktalcenie, na jakim poziomie zna jezyk angielski I w jakim jest wieku?
(przyznaję, zaczęłam mieć jakieś wątpliwości co do normalności mojego rozmówcy. Ale idźmy dalej)
Ja - Bardzo mi przykro, że Pana dziewczyna widocznie tak wyrolowała, że przerzuca Pan swoje doświadczenia życiowe na innych. Mam nadzieję, że poziom frustracji Panu opadnie i będzie Pan umiał zwracać się do nieznajomych osób, o których nic Pan nie wie, w odpowiedni sposób.
Życzę miłego wieczoru…
(no dobra, trochę mnie poniosło)
PP - dziekuje za odpowiedz
Wie pani co, mialem kilka dziewczyn I kobiet, fakt kilka dziewczyn mnie wyrolowalo, pozniej ja wyrolowalem kilka kobiet I dziewczyn w ramach rewanzu I frustracje sie wykasowaly, takze wcale sfrustrowany nie jestem, poza tym posiadam zasoby majatkowe jak równiez wiedzy, moglem nawet miec ostatnio córke kolezanki ale jej odmówilem. (WOW! Ciekawe, czy córeczka o tym wie? Albo sama koleżanka córeczki też może przedstawić taką samą wersję wydarzeń?)
Sama pani napisala ze musiala odejsc z pracy, która jej odpowiadala, co zatem zmusilo pania do odejscia?
(facet,czytaj ze zrozumieniem! Już to pisałam wcześniej!)
Przepraszam ze pytam ale bez wszystkiego mozna zyc, tylko nie bez pieniedzy, dlatego pytam, jestem tez w stanie pomóc ale najpierw trzeba sie poznac.
Wcale nie chcialem pani dokuczyc, bo doskonale wiem jaka jest polowa facetów, gorsi od kobiet, poczáwszy od studentów, bedacych czlonkami klubu sciagaczy damskich majtek, poprzez wymagajacych pracodawców, którzy ze swoich pracownic zrobili prywatne prostytutki I skonczywszy na bogatych, starszych panach, majacych po kilkadziesiat dziewczyn I kobiet na telefon
Ja - Nie aspiruję na stanowisko prywatnej prostytutki, towarzyszki starszych panów, sekretarki z dodatkowymi obowiązkami, lub pracownicy przejmującej niektóre obowiązki żony. Moje problemy bardzo odbiegają od spraw damsko-męskich, natomiast koncentrują się na sprawach rodzinnych, które są nie mniej zagmatwane, co nie powinno Pana interesować (z czego, jak mniemam, zdaje Pan sobie sprawę).
Poszukuję normalnej, stabilnej pracy z POWAŻNYM pracodawcą. Nie wiem co skłoniło Pana do powzięcia błędnych wniosków, że odpowiadałaby mi praca "o dodatkowym charakterze".
PS. Gratuluję bogatego doświadczenia w stosunkach damsko-męskch. (Ok, to było niepotrzebne, ale nie mogłam się powstrzymać)
Pozdrawiam,
PP - dziekuje za odpowiedz
pani jak zwykle blednie ocenia sytuacje, nie wpomnialem o zadnym ukladzie, dodatkowych obowiazkach zwiazanych z praca czy innych niestosownych propozycjach dla pani, tylko napisalem jak zycie wyglada w praktyce w wielu przypadkach ale oczywiscie nie wszytkich.
Pracy w Rzeszowie pani nie znajdzie, tutaj na jedna oferte pracy jest setka chetnych, moze przytocze przyklad gdy moja znajoma poszla ostatnio na rozmowe o prace, gdy zobaczyla w korytarzu ponad setke dziewczyn czekajacych na rozmowe to od razu wyszla.
Bede miec caly grudzien wolny, dlugi urlop, moge dac pani prace dodatkowa jesli ma ciezka sytuacje
JA - Pozwoli Pan, że sama ocenię, czy rynek pracy w Rzeszowie będzie mi odpowiadał, czy też nie. Co do Pana propozycji pracy, jakakolwiek by nie była, odrzucam ją z całą stanowczością. Poza tym, podtrzymywanie tej rozmowy nie ma dla mnie sensu. Proszę się ze mną więcej nie kontaktować.
(Pierwsza próba zakończenia przeze mnie tej dyskusji. Oczywiście, nietrafiona – facet pisze dalej)
PP - w pani odpowiedzi czuc zlosc, gorycz I bezradnosc, trzeba uzywac glowy jak sie cos robi a nie porzuac pod wplywem emocji dobra prace I teraz czarna rozpacz, jest pani zwykla desperatka, która potrzeby nizszego rzedu wpedzily w problem ale prosze sie nie martwic, polowa kobiet to idiotki myslace krokiem,
(Ręce i cycki opadły mi w tym momencie…)
JA - Zapewniam, że należę do tej połowy używającej mózgu, nie "kroku", jak to pan nazwał. Natomiast widzę, że pan ma problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Prosiłam, żeby pan przestał do mnie pisać. Naprawdę nie jestem zainteresowana podtrzymywaniem tej rozmowy, ani pańską propozycją.
(W końcu, w końcu odpowiednie słowa!!! ALLELUJA!!!)
PP - skoro nie jest pani zainteresowana dalsza rozmowa to dlaczego odpisuje?
jakby pani uzywala glowy to nie porzucilaby dobrej pracy, zreszta ma pani pewnie meza to niech pania utrzymuje
- JA – zachowuje pełne godności milczenie i robi to, co już dawno powinna zrobić, to znaczy pokazuje środkowy palec w kierunku monitora, po czym zamyka zakładkę z tą jakże pasjonującą konwersacją)
(Pół godziny później...)
- PP - przepraszam ze bylem niemily, pewnie przezywa pani ciezkie chwile, tez kiedys bylem na dnie, bez pracy, pieniedzy, dziewczyna mnie zostawila...
chcialbym poznac dobra kobiete na zone, bede ja utrzymywac, dawac pieniadze na wszystko, jestem wierzacy I praktykujacy…***
Hmmm, ostatnie zdanie jest nieco dwuznaczne. Gdybym nie czytała poprzednich, to pomyślałabym, że facet wyrywa mnie na materialne dobra doczesne. Jak widać, przy poszukiwaniu pracy można również trafić na takich,co szukają swojej drugiej połówki…
No to mnie facet podsumował. Niezaradna życiowo, niedoświadczona w tym okrutnym świecie, gdzie faceci robią z kobietami te wszystkie złe rzeczy, desperatka, myśląca krokiem (!!!???). Jeżeli tak mnie widzą potencjalni pracodawcy, to faktycznie nie dziwi fakt, że nadal jestem bezrobotna…
***zachowano oryginalną pisownię :)
czwartek, 22 listopada 2018
środa, 21 listopada 2018
Jak to jest być idiotką?
Jestem idiotką. Serio. Idiotką przed duże „I”, na dodatek bez prawa do jakiejkolwiek formy obrony. Bo, niech ktoś mądry mi powie, jak można bronić idioctwo? Nie jestem pewna, czy w ogóle istnieje takie słowo w języku polskim, więc umówmy się, że to jest mój maleńki wkład w ojczystą mowę. Idioctwo. Stan, w jakim znajduję się już od tak długiego czasu, że nie pamiętam niczego „sprzed”. I nie mogę sobie wyobrazić niczego „po”, co chyba kwalifikuje mnie jako naprawdę beznadziejny przypadek.
A więc wiecie już najważniejsze. Że jestem idiotką. Wolę to powtórzyć kilka razy, żebyśmy się naprawdę dobrze zrozumieli. Żeby potem nie było reklamacji w stylu „Ej, a ja myślałem/myślałam, że ty tylko tak na żarty z tym idioctwem”, albo „O Boże, zmarnowałem/zmarnowałam czas czytając o jakiejś prawdziwej idiotce”. Także zostaliście ostrzeżeni. Jeśli nadal tu jesteście, to znaczy, że termin, o którym będę tu pisać:
a) nie jest Wam obcy,
b) nadal myślicie, że jednak dojdzie do niespodziewanej resocjalizacji z mojej strony i powrócę do świata „nie-idiotek”.
c) po prostu się nudzicie i macie ochotę poczytać jakieś odmóżdżające bzdury.
Punkt pierwszy – no cóż, niewielu się przyzna, że czuje się idiotami. Jestem tego doskonale świadoma, co więcej, wcale tego nie potępiam. Otaczając się takimi ludźmi, którzy na dodatek bezczelnie zaprzeczają swojej przynależności do grupy idiotów, czuję coś na kształt samozadowolenia. Po pierwsze, moje samopoczucie poprawia się, i to w znaczący sposób, kiedy widzę, że pokłady idiotyzmu drzemiące w innych osobach sięgają głębiej, niż moje, co daje mi nadzieję, że jeszcze nie osiągnęłam dna. Wierzcie mi, coś takiego bardzo pomaga, szczególnie w chwilach zwątpienia.
Przykład?
W jednej z grup, do której należę (tak, masmedia i inne facebuki rządzą!!!), wiecie, takiej, gdzie wystawia się na sprzedaż cokolwiek zalega na biurku/stoliku/ciele/szafie, coraz częściej można znaleźć oferty towarów „chodliwych”, za które gawiedź, przeważnie damska, chętnie oddałaby życie. Kto zgadł, o czym mówię, paluszek w górę!
O, pani w pierwszym rzędzie! I co to za „chodliwa odbierająca ludziom rozum rzecz”? Brawo, udzieliła Pani poprawnej odpowiedzi! Wygrywa Pani miesiąc zazdrości wszystkich tych opętanych rządzą posiadania biedronkowych naklejek osobników, którzy właśnie teraz skręcają się z zazdrości, że nie są na Pani miejscu!
Czyli wiemy już, o co chodzi. O te naklejeczki, które dostajemy za solidne (nie waham się użyć tego słowa) zakupy w naszej przerobionej na polskie realia biedrze.
Dokonałam dzisiaj ciekawego spostrzeżenia. Miałam trochę tych słodziaśnych paskudztw pałętających się po torebce, więc stwierdziłam, a co mi tam, puszczę w obieg.
Puściłam. Zostałam niemal z miejsca zalana propozycjami kupna,/zamiany/ wylizania butów, bylebym tylko owe naklejki oddała w rączki osób, które wkleją je z wielką pieczołowitością do świętego albumiku, po czym ów albumik zaniosą tryumfalnie do najbliższej biedry, by...znacie schemat, nie będę się rozpisywać.
Miłe uczucie, prawda? Że ktoś może upaść jeszcze niżej, jeśli chodzi o poziom idiotyzmu. Żeby nie było jednak, że kogokolwiek obrażam (jak już wspomniałam, sama jestem idiotką), to osoby, które mają takiego (niezrozumiałego przeze mnie totalnie) hopla na punkcie tego typu rozrywek, zawsze mają możliwość pójścia krok dalej i zacząć się zastanawiać, jak mogą istnieć na przykład fanki/fani, nie wiem, zbierania zamków od spodni. Albo cytujący z pamięci podręczniki do rachunkowości albo instrukcje obsługi zmywarek. Więc nie ma się co martwić, zawsze może być gorzej…
Zajmując pewną pozycję w naszym społeczeństwie stwierdzam więc z przyjemnością, że znajduję się na poziomie, gdzie jeszcze do poziomu zero (albo dna i pół metra mułu, jak mawiała moja nauczycielka w liceum, chcąca w dowcipny sposób zobrazować poziom naszej wiedzy na jej zajęciach – serdecznie pozdrawiam panią M.) jeszcze mi trochę brakuje. Przeraża i jednocześnie ekscytuje mnie ta perspektywa.
I tu przechodzimy do punktu numer dwa. Samorozwój. Samorealizacja. Dążenie do wyższych, bardziej wzniosłych celów. Mówi Wam to coś? Jak dla mnie, to sterta nic nie znaczących frazesów, które jednak wleciały kiedyś, dawno, dawno temu do mojej głowy, wtłaczane tam miliony razy podczas mojej przewspaniałej kariery zawodowej (nie pytajcie, zresztą, temat rozwinie się później) przez ukochanych wykładowców, szefów, zazdrosne koleżanki w pracy itp., oraz wałkowane tam przez wszystkie odmiany i przypadki. Z zerowym skutkiem.
Mam trzydzieści jeden lat. Czy to dużo, czy mało, sama nie wiem, ale mam świadomość jednego. Nie osiągnęłam w swoim życiu nic, z czego mogłabym być dumna. Samorozwój? A kto zacz? Realizowanie siebie i własnego pomysłu na życie? Najpierw trzeba ten pomysł mieć, a nie przebujać życie myśląc o niebieskich migdałach i różowych konikach z rogami na czole ( o tym również będzie więcej później).
A coś takiego podchodzi bardzo pod standardową definicję idioctwa. Więc jeśli myślicie, że nagle się ocknę i przestanę być idiotką, to pozbądźcie się szybko złudzeń.
I punkt trzeci. Nuda. Nudzicie się i macie ochotę zrobić coś, żeby zagospodarować czas w jakiś, nieważne, twórczy, czy nie, sposób. Nie wnikam w to, jakie macie preferencje, ani czy Wasze torebki to oryginalny Gucci, czy podróbka ze szmateksu. Mam zamiar trochę tu o sobie powiedzieć, a czy będziecie chcieli to czytać, to już Wasza sprawa. Ja się muszę wyzewnętrznić.
A więc wiecie już najważniejsze. Że jestem idiotką. Wolę to powtórzyć kilka razy, żebyśmy się naprawdę dobrze zrozumieli. Żeby potem nie było reklamacji w stylu „Ej, a ja myślałem/myślałam, że ty tylko tak na żarty z tym idioctwem”, albo „O Boże, zmarnowałem/zmarnowałam czas czytając o jakiejś prawdziwej idiotce”. Także zostaliście ostrzeżeni. Jeśli nadal tu jesteście, to znaczy, że termin, o którym będę tu pisać:
a) nie jest Wam obcy,
b) nadal myślicie, że jednak dojdzie do niespodziewanej resocjalizacji z mojej strony i powrócę do świata „nie-idiotek”.
c) po prostu się nudzicie i macie ochotę poczytać jakieś odmóżdżające bzdury.
Punkt pierwszy – no cóż, niewielu się przyzna, że czuje się idiotami. Jestem tego doskonale świadoma, co więcej, wcale tego nie potępiam. Otaczając się takimi ludźmi, którzy na dodatek bezczelnie zaprzeczają swojej przynależności do grupy idiotów, czuję coś na kształt samozadowolenia. Po pierwsze, moje samopoczucie poprawia się, i to w znaczący sposób, kiedy widzę, że pokłady idiotyzmu drzemiące w innych osobach sięgają głębiej, niż moje, co daje mi nadzieję, że jeszcze nie osiągnęłam dna. Wierzcie mi, coś takiego bardzo pomaga, szczególnie w chwilach zwątpienia.
Przykład?
W jednej z grup, do której należę (tak, masmedia i inne facebuki rządzą!!!), wiecie, takiej, gdzie wystawia się na sprzedaż cokolwiek zalega na biurku/stoliku/ciele/szafie, coraz częściej można znaleźć oferty towarów „chodliwych”, za które gawiedź, przeważnie damska, chętnie oddałaby życie. Kto zgadł, o czym mówię, paluszek w górę!
O, pani w pierwszym rzędzie! I co to za „chodliwa odbierająca ludziom rozum rzecz”? Brawo, udzieliła Pani poprawnej odpowiedzi! Wygrywa Pani miesiąc zazdrości wszystkich tych opętanych rządzą posiadania biedronkowych naklejek osobników, którzy właśnie teraz skręcają się z zazdrości, że nie są na Pani miejscu!
Czyli wiemy już, o co chodzi. O te naklejeczki, które dostajemy za solidne (nie waham się użyć tego słowa) zakupy w naszej przerobionej na polskie realia biedrze.
Dokonałam dzisiaj ciekawego spostrzeżenia. Miałam trochę tych słodziaśnych paskudztw pałętających się po torebce, więc stwierdziłam, a co mi tam, puszczę w obieg.
Puściłam. Zostałam niemal z miejsca zalana propozycjami kupna,/zamiany/ wylizania butów, bylebym tylko owe naklejki oddała w rączki osób, które wkleją je z wielką pieczołowitością do świętego albumiku, po czym ów albumik zaniosą tryumfalnie do najbliższej biedry, by...znacie schemat, nie będę się rozpisywać.
Miłe uczucie, prawda? Że ktoś może upaść jeszcze niżej, jeśli chodzi o poziom idiotyzmu. Żeby nie było jednak, że kogokolwiek obrażam (jak już wspomniałam, sama jestem idiotką), to osoby, które mają takiego (niezrozumiałego przeze mnie totalnie) hopla na punkcie tego typu rozrywek, zawsze mają możliwość pójścia krok dalej i zacząć się zastanawiać, jak mogą istnieć na przykład fanki/fani, nie wiem, zbierania zamków od spodni. Albo cytujący z pamięci podręczniki do rachunkowości albo instrukcje obsługi zmywarek. Więc nie ma się co martwić, zawsze może być gorzej…
Zajmując pewną pozycję w naszym społeczeństwie stwierdzam więc z przyjemnością, że znajduję się na poziomie, gdzie jeszcze do poziomu zero (albo dna i pół metra mułu, jak mawiała moja nauczycielka w liceum, chcąca w dowcipny sposób zobrazować poziom naszej wiedzy na jej zajęciach – serdecznie pozdrawiam panią M.) jeszcze mi trochę brakuje. Przeraża i jednocześnie ekscytuje mnie ta perspektywa.
I tu przechodzimy do punktu numer dwa. Samorozwój. Samorealizacja. Dążenie do wyższych, bardziej wzniosłych celów. Mówi Wam to coś? Jak dla mnie, to sterta nic nie znaczących frazesów, które jednak wleciały kiedyś, dawno, dawno temu do mojej głowy, wtłaczane tam miliony razy podczas mojej przewspaniałej kariery zawodowej (nie pytajcie, zresztą, temat rozwinie się później) przez ukochanych wykładowców, szefów, zazdrosne koleżanki w pracy itp., oraz wałkowane tam przez wszystkie odmiany i przypadki. Z zerowym skutkiem.
Mam trzydzieści jeden lat. Czy to dużo, czy mało, sama nie wiem, ale mam świadomość jednego. Nie osiągnęłam w swoim życiu nic, z czego mogłabym być dumna. Samorozwój? A kto zacz? Realizowanie siebie i własnego pomysłu na życie? Najpierw trzeba ten pomysł mieć, a nie przebujać życie myśląc o niebieskich migdałach i różowych konikach z rogami na czole ( o tym również będzie więcej później).
A coś takiego podchodzi bardzo pod standardową definicję idioctwa. Więc jeśli myślicie, że nagle się ocknę i przestanę być idiotką, to pozbądźcie się szybko złudzeń.
I punkt trzeci. Nuda. Nudzicie się i macie ochotę zrobić coś, żeby zagospodarować czas w jakiś, nieważne, twórczy, czy nie, sposób. Nie wnikam w to, jakie macie preferencje, ani czy Wasze torebki to oryginalny Gucci, czy podróbka ze szmateksu. Mam zamiar trochę tu o sobie powiedzieć, a czy będziecie chcieli to czytać, to już Wasza sprawa. Ja się muszę wyzewnętrznić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)